Gwiazda

Ostatnio mam taki obraz: gwiazda rozświetlająca złoto-białym światłem szklany pokój w przestrzeni niebieskiej. To jest pałac snów, na ścianach którego maluje się wszechświaty. Jest on zawarty w myślach ludzi poprzez pokolenia, utrwalony w legendach, bajkach, filmach, jako to magiczne miejsce gdzie docieramy po zwycięstwie nad przeciwnościami losu. Te szczątki "legendy świata", wciąż mnie frapują.  Pojmuję też coraz lepiej, że istnieje osoba, której ciało tworzymy poprzez wszystko co robimy. My jesteśmy tą złocistą gwiazdą, której światło odbija sie na szklanej powierzchni dając wrażenie, że jest nas wielu, bardzo wielu.

Radosław Donajski

Drogi absolutu II
rdonajski@wp.pl

Drogi absolutu II

Pan życia i śmierci

Pewnego dnia gdy przebywałem w niewielkim mieście na północy, które rozciągało się od morza po pobliskie skaliste wzgórza zobaczyłem jego. On był silnym mężczyzną w średnim wieku. Jego twarz wyrażała pewność, wzrok umieścił w nieskończoności przed sobą. Kręcone włosy ujmowały mu surowej powagi a dodawały ruchliwości życia. Poruszał się szybkim krokiem po głównej ulicy biegnącej od morza w głąb lądu otoczony grupą mężczyzn wyglądających jak nieformalna świta. Strój nosił lekki i powiewający na wietrze, wyglądał jak wyjęty z obrazka plażowicza tropiku. Nie było w nim wzruszenia, nie było pokory, nie było dumy. Przypomniały mi się lata spędzone w błotnej krainie, tam gdzie dusze ludzkie w poniewierce poruszały się nad bagiennym terenem po drogach z ziemi, przechodząc umazane i w pośpiechu mostami od jednej dręczącej je krainy do drugiej. Bryzgane przez wiatr z deszczem znosiły to w bólu i zniecierpliwieniu. Zamajaczyła mi szybka jazda motorem po wysokim stalowym moście, którego długie liny utrzymywały przęsła mostu dodając mu rozmiarów. Tak przesuwały się obrazy zdarzeń, aż znowu spojrzałem na niego. Był wyjątkowy, choć poza cechującą go niezachwianą pewnością nie wyróżniał się niczym od zwykłych śmiertelników. Próbowałem znaleźć tę cechę w sobie albo w kimś kogo znałem lecz bez skutku. W życiu człowieka jest zawsze jakieś "ale" odwodzące go od jego ostatecznego celu. W nim "ale" nie miało miejsca, za to cel był wyrazisty. On tędy idzie pośród tego świata, widoczny dla jego mieszkańców, w jednej sprawie. Nie wiedziałem jednak czemu to się dzieje. Moja istota została poruszona do głębi tą przenikającą wszystko pewnością niezwykłego mężczyzny. Myślałem, że się nie opanuję i skoczę na niego, byleby rozerwać w strzępy to wymykające się spod kontroli uczucie, że ten świat gdzie jestem i moje w nim zajęcia to jest dziwny nie dający się zrozumieć sen i to nie mój sen a jego. On był tu w pełni, każdą cząstką siebie, jego obecność przekraczała wszelkie granice zwątpienia. Coś we mnie zmuszało do zostania w miejscu i przyglądania się scenie kroczącej świty. Tym czymś była wiedza, że to co się dzieje jest jego własnością i wyznaczone przezeń granice są niczym niezachwiane, ani być nie mogą.

Wtedy pojawiła się ona, wybiegła zza rogu, piękniejsza od najpiękniejszego z kwiatów. Biegła z radosną niewinnością. Zaraz za nią wybiegły jej przyjaciółki. Miały jasne sukienki i poruszały się z młodzieńczą swobodą. Nagle ona wpadła na niego. Zaskoczenie, które w pierwszej chwili pojawiło się na jej twarzy wnet przemieniło się w smutek utraconej zabawy. Nie trwało to jednak długo, bo ich wzrok połączył się i wtedy stało się. Moja więź z nim została utracona i w pełni zidentyfikowałem się z nią, choć była kobietą. Ale to też nie trwało długo, bo coś we mnie przeskoczyło, na skutek absurdalności dziejącego się zdarzenia. Oderwałem się od tamtej sceny i odszedłem nie dociekając nigdy co też się stało później. Stało się co się stało nie miało większego znaczenia, bo świat istniał dalej, a ja żyłem w nim. To on z pewnością swą ukrytą mocą odwrócił moją uwagę od niej i od tamtego zajścia.

Tak minęło wiele lat zanim znowu spotkałem go. Tym razem kąpałem się w przybrzeżnych falach oceanu, a on szedł plażą obejmując ją. Żartowali i uśmiechali się do siebie. Spojrzałem na moje dzieci i na moją żonę. Pluskały się, pełne radości, tak jak tamci. Budynki pobliskiego miasta i zieleń w tle pod kopułą słonecznego nieba znajdując się w tle otulały nas wszystkich i udzielały spokoju wzbudzając to niezwykle miłe sercu wrażenie, że oto wszystko jest na swoim miejscu.

I tak oto minęły kolejne lata. Wtedy to odczułem jego wezwanie do podążania za nim. Na początku nie mogłem zrozumieć, jak można iść za mężczyzną, który nigdy nie upada. Lecz zrozumiałem w końcu, że nie jest on mężczyzną, a przynajmniej nie jest tylko nim. To odkrycie było kolejnym logicznym absurdem, bo powinienem wiedzieć to od chwili gdy go ujrzałem po raz pierwszy, jednak, on nie pragnął wzbudzać we mnie rozerwania i odwrócił moją uwagę od swojej natury, a okazał jedynie swoją obecność. Moja pamięć powróciła do momentu, gdy ona wpadła na niego. Nie było w niej roztargnienia w tamtej chwili, ani nie potrzebowała go przepraszać, gdyż w niczym nie naruszyła jego terytorium. On tam był dla niej, gdyż ona była gotowa by bawić się razem z nim.

Dzień dzisiejszy

Szłam zanurzona w rozważaniach o zakupach, które powinnam poczynić na najbliższe dni. Jednak nie dawała mi spokoju myśl o czerwonej bluzce, którą zobaczyłam w witrynie sklepu wieczorem ostatniej niedzieli, gdy to wracaliśmy z mężem z plaży nad morzem. Sklep był już zamknięty. Rozmawialiśmy wtedy ze spokojem o nadciągających wakacjach. Planowaliśmy wyjazd w góry, gdy tylko uporamy się z małym remontem domu, który na chwilę obecną dobiegał już ku końcowi. Nie wiem właściwie czemu tak spodobała mi się ta bluzka, ale musiałam ją mieć, koniecznie. Przeszłam przejściem dla pieszych przez ulicę podążając w stronę supermarketu gdy jakaś dziewczyna zatrzymała mnie.

- Dzień dobry, czy mogę z tobą porozmawiać?

Spojrzałam na nią nieco zaskoczona. Miała jasną cerę i blond włosy, była średniego wzrostu i cechowała się wyśmienitą postawą i płynnością ruchów, które dawały się zauważyć gdyż emanowały z niej z siłą, która poruszyła moją energią do tego stopnia, że sama się ożywiłam i nabrałam chęci do rozmowy.

- Dzień dobry, o czym chciałabyś porozmawiać?

- Wiem że, się nie znamy, i że pozornie nas nic nie łączy, ale... czy mogłybyśmy usiąść?

Podeszłyśmy do pobliskiej ławki w parku i usiadłyśmy na niej zerkając przy okazji na gołębie chodzące po chodniku i na kwiaty w pięknym klombie naprzeciwko nas.

- Tak więc jestem narzeczoną Danaona, on jest moim najbliższym, jest mi najbliższy ze wszystkich, nie wiem czy mnie rozumiesz, ale muszę ci coś opowiedzieć. - zaczęła trochę tajemniczo.

- Słucham cię, choć faktycznie nie mam pojęcia co nas mogłoby łączyć, ani do czego zmierzasz, ale wyczuwam bijącą od ciebie szczerą przychylność i dobrą wolę. - zachęciłam ją by rozpoczęła swoje objaśnienia.

- Otóż …

I tak to leciało, nie mając wątku, posiadając jedynie scenę wejściową, bez konfliktu, by rozwinąć opowieść. To tak jak majaczyć gdy spomiędzy krągłego kłębu chmur, gdzieś pośrodku kłębistego tunelu wyłania się słońce i chciałoby się tam iść do niego, ale nie bardzo wiadomo jak to właściwie zrobić. Jest jasne, że należy podwyższyć poziomy wibracyjne wszystkich cząstek ciała poprzez odwrócenie uwagi od otoczenia i zanurzenie się w pewności serca. Tak się zdarza wiele razy, aż w końcu udaje się przezwyciężyć zwornik jakim są życiowe ogniska pamięci: narodziny i śmierć. Początkowy zamęt spowodowany niepewną reakcją na ogrom ognistego oceanu ustępuje miejsca radosnemu podążaniu promieniami słońca do centrum wszelkiej radości poprzez punkty łączące zdarzenia. Tak dostajemy się do centrum istnienia, gdzie panuje spokojna świadomość teraźniejszości.

Każdy kto odwiedził choć raz oczami wyobraźni świetlisty pałac i szukał kto tam mieszka i dziwił się, że choć nikogo nie widać, to jednak... każdy kto jednak ujrzał wspaniałego męża i uzdrowion został z wszelkiej dolegliwości... początkowa niepewność ile to jeszcze światów jest i nas w nich ustępuje miejsca radosnemu wysyłaniu promieni z centrum wszelkiej świadomości tworzącej punkty łączące zdarzenia. Tak odnajdujemy się w centrum istnienia, gdzie panujemy spokojem świadomej teraźniejszości.